Miłego czytania!
Rozdział 3
Nade mną stała wysoka kobieta, o długich czarnych włosach,
które ciągnęły się po jasnych płytkach. Jej twarz była sina. Brązowe oczy
wpatrywały się przed siebie. Ubrana była w potarganą czerwoną sukienkę z dużym
dekoltem. Przypominała trochę postać z horroru. W dłoni trzymała ostry
nóż, który był podłożony do szyi
małej dziewczyninki. Miała na sobie dziurawe
dżinsowe spodnie i niebieski golf. Na twarzy malował się jej uśmiech. To była
Rose. Byłam zszokowana. Mała śmiała się w najlepsze. Uważała, że przystawienie
noża do gardła jest zabawne. To przecież niedorzeczne!
- Witaj Asamito- powiedziała chłodno kobieta, nadal
wpatrując się przed siebie.
- Kim jesteś? – zapytałam niepewnie.
- Mam na imię Dalia – powiedziała kobiecym głosem. – Nie
znasz mnie, lecz twoja siostrzyczka wie doskonale kim jestem. Ostatnio bardzo
często się razem bawimy. – mówiąc to mrugnęła do dziewczynki.
- Bawicie? Kto cię tu w ogóle wpuścił?! – mówiąc to czułam
jak narasta we mnie wściekłość.
- Nikt nie musiał mnie zapraszać. Wiedźmy mogę odwiedzać
kogo tylko chcą! – powiedziała śmiejąc się.
- Chwila… Wiedźmy? Chyba nie chcesz mi wmówić, że istnieją
jakieś paranormalne potwory?
- Istnieją. Sama jesteś jednym z nich. Jesteś zabójca.
Wampirem! – ostatnie słowo powiedziała prawie szeptem.
- Chyba sobie ze mnie żartujesz! Lepiej gadaj, dlaczego tu
jesteś.
- Jak chcesz. – powiedziała obojętnie – A więc przysłano
mnie tu, ponieważ musicie wypełnić swoje przeznaczenie. No wiesz… Na pewno o
tym słyszałaś. Dzieci bez opieki mszczą się na dorosłych. Zresztą nie musze wam
to mówić, bo już to robicie. Zaatakowałaś już jednego mężczyznę, który bił
swoje dziecko. Kontynuuj swoją robotę dalej, tylko przyłącz do tego swoją
siostrę, a ja zniknę.
- Chcesz powiedzieć, że do mojego plany, na który wpadłam
kilka godzin temu, mam zaangażować 4-letnią dziewczynkę? – zapytałam dla
lepszego zrozumienia.
- Tak, czy to aż tak skomplikowana? – powiedziała zmęczonym
głosem. – Poradzisz sobie! Wiesz dobrze co masz robić. Tylko musisz się
kontrolować.
Po tych słowach straciłam przytomność. Poczułam jak ktoś
uderza mnie tępym narzędziem w tył głowy.
Obudziłam się na
swoim łóżku, przykryta brązowym kocem w kratkę. Nade mną stała urocza, brązowo
włosa dziewczynka. Ubrana była w granatową sukienkę i białe, koronkowe rajtuzy.
Po jej delikatnej twarzy spływały łzy.
- Wiesz dlaczego płacze, prawda? – zapytała lekko
pochlipując
- Umarłam. Jedziecie na pogrzeb, tak? – powiedziałam,
próbując objąć małą.
- Tak… Zdajesz sobie sprawę z tego, że przez ciebie nasza
rodzina się rozpada?
- Co ty wygadujesz? To niemożliwe. Rodzice się bardziej
znienawidzić nie mogą. – powiedziałam ironicznie
- Mówię to co wiem. Chcą mnie wysłać do szkoły z internatem.
Ojciec wyjeżdża na kilka miesięcy do Hiszpanii, a mama zostanie sama.
- Spróbuje z nimi porozmawiać ok.?
- Śmieszna jesteś. Przecież ty nie żyjesz!
- No tak… Ale zawsze zostaje
opcja, że widzą ducha!
- Rose! Jedziemy! Zejdź na dół! – zawołała Amanda, nasza
matka.
- Już idę mamusiu! – odkrzyknęła dziewczynka i odchodząc
posłała mi buziaka.
Wstałam z łóżka i podeszłam do okna, które wychodziło na
rzekę. Na plaży, byli policjanci, który badali krew z brzegu i miejsce, gdzie leżało moje ciało.
Widząc całe zamieszanie, zrobiło mi się smutno. Poczułam, że
choć mojego ojca to nie obchodzi, to Rose jest naprawdę wstrząśnięta tą sprawą.
To w jaki sposób mówiła do mnie przed chwilą… Wydawało mi się, że za chwile
zacznie płakać. Poczułam jak serce zaczyna mi mięknąć. Nigdy specjalnie nie
zależało mi na życiu tej małej istoty, lecz teraz wiedziałam, że pod tą
skorupą, którą na siebie nakładała, istnieje słodkie dziecko, przepełnione
uczuciami.
Nagle usłyszałam jak otwierają się drzwi do mojego pokoju.
Przestraszona uciekłam przez balkon. Stałam przed oknem, z którego widać było
salon, a w nim kilka zapłakanych służek. Pośród nich zauważyłam siwowłosą
staruszkę, ubraną w niebieski fartuch z kolorowymi kwiatkami. Siedziała na
bordowej kanapie obok kominka. Pomarszczoną twarz, miała ukrytą w pokrzywionych
dłoniach. Czasami słychać było jak łka. Widząc to, łza zakręciła mi się w oku. Ta kobieta wychowywała mnie. Opiekowała mną
się jak własnym dzieckiem! Opowiadała mi bajki, zabierała na spacery, uczyła
gramatyki. Była dla mnie niczym matka, a teraz tak po prostu miałam ją
zostawić? Na zaparowanej szybie napisałam
palcem „ Tereso, wyjdź na dwór ‘’. Nie był to najlepszy pomysł, ale nie mogłam nic lepszego wymyślić. Staruszka
widząc napis, posłusznie wyszła do ogrodu.
.
- Jestem tu. Ja żyje! – powiedziałam podchodząc do staruszki.
- Asamita?! Jak to możliwe, przed chwilą twoje ciało… -
mamrotała kobieta
- Spokojnie Tereso! Nie bój się mnie ok.? Chciałam ci tylko powiedzieć,
że ja naprawdę cię kochałam! – powiedziałam szlochając
- Nie płacz moja droga. Mi też na tobie zależało. Żałuje, że
nie mogłam pojechać na twój pogrzeb. – powiedziała Teresa obejmując mnie.
- Mam do ciebie prośbę. Gdzie odbywa się msza?
- W kościele na Erie
Street!
- Dziękuje ci! – powiedziałam całując kobietę w policzek.
Szłam ruchliwą uliczką, która była otoczona różnymi
sklepami. W końcu na poboczu zobaczyłam kościół. Gdzie niegdzie widać było na
nim niepomalowane cegły. Budynek był
stary, powstał kilka lat przed rozpoczęciem I wojny światowej.
Wspięłam się po kolumnie i przez okno weszłam na chór. Na
ołtarzu, stała mój chłopak Jack. Wygłaszał przemowę.
- Asamita nigdy nie była grzeczną dziewczyną. Piła, paliła
papierosy. Zachowywała się jak typowa dziewczyna z naszego osiedla. Jednak w
głębi serca była bardzo wrażliwa. Gdy miała jakiś kłopot, od razu mi o nim
mówiła. To kłopoty w szkole, z przyjaciółką. Potem zaczęła wymyślać jakieś
niestworzone historie o swoich rodzicach, podczas gdy państwo Charpentier byli jedną z najnormalniejszych
rodzin w mieście. Pani Isobel troszczyła się o Asamite jak tylko mogła, a pan Joe
dawał jej wszystko co tylko chciała. Oboje bardzo ją kochali, a teraz gdy jej
niema, kto jej uświadomi jak bardzo się myliła? Jej poglądy były całkiem
sprzeczne z rzeczywistością. Wierzę w to, że teraz gdzieś po drugiej stronie,
słyszy to i uświadamia sobie jak bardzo myliła się co do swoich rodziców. –
słysząc to odebrało mi mowę. Przestałam myśleć. Uświadomiłam sobie, co się tak
naprawdę działo.
Jack usiadł w ławce. Teraz na scenę wyszła moja matka.
- Moja córka była cudowna. Zawsze miła i pomocna. Pomagała
mi w opiece nad Rose. Byłam pewna, że wyrośnie z niej wspaniała osoba. Gdyby
nie ten nieszczęsny wypadek, Asamita żyła by teraz. Wszystko się stało przez
utratę pamięci. Przecież ona była zawsze taka rozważna! Uważała na to co pije i
je. Nikt by się nie spodziewał, że wypiła by jakieś świństwo i wpadła pod
samochód. Miała poważne kłopoty z głową. Najpierw straciła pamięć. Nie
pamiętała nic! Wiedziała tylko to, że byliśmy okropnymi rodzicami. Uważała, że
nasza rodzina była patologiczna. Następnie okazało się, że obrażenia były zbyt
poważne. Umarła. Nigdy nie przypuszczałam, że świat usłyszy kto tak naprawdę
doprowadził do tej śmierci. Jednak w tej chwili uważam, że sprawca tego iż moja
córka myślała w ten sposób o swojej rodzinie musi zostać ukarany. Nie winie tej
osoby o jej śmierć. Zdaje sobie sprawę z tego, że to Asamita była pijana i
kierowca po prostu jej nie zauważył. Lecz wmawianie jakiś nie stworzonych
rzeczy jest niedopuszczalne, a wiec tu przy świadkach oświadczam, że sprawcą
tego wstrząsającego wydarzenie jest Kamila Hale. Najlepsza przyjaciółka
Asamity. - Teraz wszystko mi się
przypomniało. Wiedziałam jak było naprawdę.
Nominuję Cię do Versatile Blogger Award. Pozdrawiam <3
OdpowiedzUsuń